Emigracyjne wilki.
Nie jestem socjologiem, ani politologiem. Nie jestem także profesorem
Wyższej Uczelni ani studentem piszącym pracę magisterską. Jestem zwykłym,
szarym(!) człowiekiem, który w pewnym momencie swojego życia zdecydował
się na emigrację z Polski. Cóż, los mnie w drogę pchnął do Stanów
Zjednoczonych Ameryki. Przez lata obcowania z odmiennymi nacjami,
kulturami, bywania pośród ludzi uznających różne religie, wyrobił się
u
mnie nowy Światopogląd. Nowy: inny niż ten, do
którego dojrzewałam w Polsce, nauczony z
książek, zasłyszany od rodziców czy znajomych, podpatrzony z telewizji...
Nowy, poszerzony o doświadczenia zdobyte prosto z życia, które jest jednak
najlepszym nauczycielem i wychowawcą...
Polak Polakowi wilkiem
W Polsce przebywałam w gronie ludzi, którzy kierowali się w życiu pewnymi
zasadami moralnymi, potrafili być uczciwi i dążyć do osiągnięcia swojego
celu "po ludzku".
Nikt nie jest wolny od błędów i od nikogo nie oczekujemy w życiu, aby był
idealny, gdyż takich ludzi nie ma. Jednak stwarzając sobie własny krąg
znajomych, staramy
się dobierać ich według pewnych kryteriów, eliminujemy często hieny czy
sępy czyli ludzi, którzy jedynie na nas żerują.
Z przykrością muszę stwierdzić, że doświadczenia ostatnich lat(stosunki
Polak- Polak w Chicago) były dla mnie jednym wielkim rozczarowaniem.
Właściwie na palcach jednej- podkreślam jednej ręki- mogłabym wymienić
Polaków z otaczającego mnie środowiska, którzy byli mi przychylni, a już z
pewnością nie zaszkodzili mi. Według obiegowej opinii Polak, który ci nie
zaszkodził, już ci pomógł. Przykre? Niestety bardzo często prawdziwe.
W Polsce bardzo łatwo można było rozpoznać kto jest ci życzliwy, a kto
nie. Wszystko było proste: przyjaciel był
przyjacielem, znajomy- znajomym, a człowiek nieżyczliwy- nieżyczliwym.
Tu wszystko przybiera zupełnie inną twarz. Polacy z czasem zmieniają się w
wilki lub jak kto woli w hieny. W stadzie zwierząt drapieżnik zazwyczaj
poluje na jedną ofiarę, przeważnie łupem staje się najsłabszy i ten wpada
w sidła wroga. W środowisku Polonijnym wszyscy są potencjalnymi
drapieżnikami, z najmniej oczekiwanej strony możesz spodziewać się ciosu.
Nie wiesz kto jest twoim przyjacielem, a kto wrogiem.
Można a nawet trzeba dokopać leżącemu, jeśli tylko coś na tym można
zyskać. Cel uświęca środki, żadnych zasad moralnych, jedyną zasadą jest
bycie samemu na świeczniku. Nie liczą się środki, liczy się cel. A celem
jest albo praca albo pieniądze, więc krótko ujmując wartości czysto
materialne.
Chociaż niekoniecznie tylko one. Kiedy byłam chora pomogła mi lub chociaż
wyraziła chęć pomocy mała garstka osób, reszta nie miała czasu. Kiedy
stanęłam na nogi, wyzdrowiałam, nagle znalazł się czas, a wiele osób
przypomniało sobie nawet mój numer telefonu... To podobnie jak z tymi
dzikimi zwierzętami: kiedy jesteś silny, masz wielu "przyjaciół", kiedy
jesteś słaby zostawimy cię na pożarcie hienom. Jak przeżyjesz, to znowu
będziesz mile widziana w naszym gronie... Nie lubię hipokryzji, brzydzę
się takimi ludźmi, nie chcę z nimi utrzymywać kontaktów, bo i po co?
Mawiają, że mając takich przyjaciół, nie należy bać się już swoich
wrogów...
Rozumiem, że czasy, kiedy Cygan nie kradł we własnej dzielnicy odeszły
bezpowrotnie. Czasy jednak, kiedy Polak Polakowi wilkiem nigdy nie minęły-
tu za granicą jest to bardzo odczuwalne: nie ma się szacunku do niczego, nikogo, a
niejednokrotnie z samego siebie robi się emigracyjną szmatę przed
pracodawcą. Ileż to razy spotkałam się z donosicielstwem ze strony Polaków
na Polaków; za co?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, kiedyś po moim
naiwnym zapytaniu taka "uprzejma" osoba odpowiedziała mi, że "w ten sposób zbiera
się bonusy u pracodawców, a im więcej bonusów- tym lepiej". Domniemuję do
dzisiaj, że chodziło o jakieś dodatkowe wynagrodzenie za donosicielstwo,
bo czyżby robiło się to z potrzeby bycia lubianym przez pracodawców?
Ktoś mógłby mi śmiało zarzucić, że w Polsce jest tak samo: ludzie w
różnych instytucjach donoszą na siebie, a w każdej pracy znajdzie się taki
"życzliwy". Zgadzam się, tak faktycznie jest. Tylko w obcym kraju bardzo
mocno, nieporównywalnie wręcz boli, jak donosi na ciebie twój własny
rodak, a człowiek innej nacji- wyciągnie do ciebie nieoczekiwanie rękę.
Czy tylko Polaka można porównać do wilka?
Nie wiem czy będzie to pocieszeniem- jeśli już, to marnym. Faktem jest,
że nie tylko Polacy jako społeczeństwo tak siebie traktują za granicą
własnego kraju.
Problem ten dotyczy wszystkich narodowości, z jakimi miałam kontakt. Po
rozmowie z Meksykaninem, Irlandczykiem czy Rosjaninem można się
przekonać, że oni także mają podobne zdanie o swoich rodakach.
Najogólniej
pisząc, najłatwiej jest zrobić karierę zawodową wspinając się po
szczeblach drabiny i kopiąc wszystkich poniżej czy na równi swojego
szczebla. Najłatwiej to zrealizować w swoim środowisku: znając język
ojczysty, znając z góry przyszłą reakcję potencjalnego przeciwnika. Fakt,
że jakiś Polak nie zna języka angielskiego jest dodatkowym atutem- w razie
czego nie jest w stanie obronić się przed pracodawcą... Wszystko to do
czasu oczywiście.
Jeśli wszedłeś między wrony...
Słyszałam taką wersję tego powiedzenia: Jeśli wszedłeś między wrony,
nie udawaj orła. I wszystko byłoby okay, gdyby nie fakt, że chciałabym
pomimo wszystko zostać sobą w życiu. Gdzie można, tam można nagiąć swoje
zasady i być elastycznym, ale są sytuacje, kiedy trzeba powiedzieć głośno
stanowcze: Nie!
Ostatnio trochę chorowałam. Jakież było moje zdziwienie, kiedy doszły mnie
słuchy, że kilka osób usilnie wmawia mojej szefowej, że symuluję i należy
mnie zwolnić. Może gdyby same nigdy nie zachorowały w życiu, byłabym w
stanie je zrozumieć: zdrowy chorego nie zrozumie(podobnie jak syty
głodnego). Ale nie, "życzliwe" były
ku przekorze losu te osoby, które same miewały problemy zdrowotne. Czyżby
mierzyły mnie własną miarką- same symulując widziały i mnie w ten sposób?
Czy najzwyczajniej chciały znaleźć w swoim stadzie czarną owcę, aby
odwrócić uwagę szefowej od własnych grzechów? Nie wnikam, nie chcę wnikać, nie chcę o tym myśleć.
Wiem jedno, nie udało im się "przerobić mnie na swoją modłę",
nie chodzę z nimi na imprezy, nie pijam z nimi, mam własne- normalne
środowisko, miałam
odwagę powiedzieć nie i zostać sobą, więc przyszedł czas na płacenie
konsekwencji za przeciwstawienie się stadu:)
Cieszę się ogromnie, że w gronie moich znajomych nie znajdują się jedynie
"wilki", otaczają mnie także ludzie życzliwi i bardzo serdeczni, którzy
nie odwracają się ode mnie plecami, kiedy miewam moje małe problemy.
Cieszę się, że istnieje taki wynalazek jak: Internet, gdzie można poznać
wielu ludzi dobrej woli, którzy na przestrzeni lat nie zawodzą. Cieszę
się, że istnieje telefon, dzięki któremu można zadzwonić do Polski i
porozmawiać z prawdziwymi przyjaciółmi. Tym
wszystkim ogromnie dziękuję!
Nadal uważam, że warto być w życiu sobą, pomimo ponoszonych za to
konsekwencji. Warto być w życiu człowiekiem i nie zmieniać się pod wpływem
ogółu w wilka, a może w zwykłą, ochlapaną błotem świnię...
Wasze komentarze:
|
Ewa
Zając - 21 luty 2010
Olewaj, olewaj i jeszcze raz to samo. Na takie zachowanie nie ma
rady. Dziewczyno- szkoda zdrowia, szkoda twoich nerwów. Tych
naszych wilków i tak nie zmienimy, choćby człowiek na rzęsach
stawał. Zawsze będą czegoś zazdrościć i po coś ujadać- od tego
są. Kto mądry nie słucha, a jak twoja szefowa frajerka, to niech
idzie z nimi na imprezę. Trzymaj się!
|
|
Dodaj swój
komentarz do artykułu: |
|
|
Powrót do strony
wszystkich artykułów ...
Tekst napisany 20 luty 2010 przez Szara- Małgorzata Dosla.